Jest sobotni wieczór, 19 lipca. Pytam siebie: chyba wszystko zapakowane?! Termos z kawą, kanapki, śpiwór, ubrania. Nerwowe sprawdzanie pogody. Na tamtej szerokości geograficznej potrafi być kapryśnie, o czym zresztą przekonaliśmy się na własnej skórze. Po godzinie 21:00 przyjechał Paweł Folfasiński, lider naszych zaprzyjaźnionych harcerzy z Liverpoolu. Jeszcze podgląd na GPS i ruszamy w drogę, bo przed nami prawie 400 mil. Nasz cel to położone wysoko na północy szkockie miasteczko Aberdeen, które jest tegorocznym gospodarzem pierwszego etapu Tall Ships Races, czyli regat największych żaglowców świata. Zatem samochód sam się nie poprowadzi – czas w drogę.
Osobiście jeszcze nigdy nie byłem tak daleko na północy Wielkiej Brytanii, pomimo że mieszkam tu już ponad dwadzieścia lat. Paweł, jak prawdziwy harcerz-wędrownik, tylko czasami dla upewnienia spoglądał na GPS i pewnie trzymając kierownicę, nawijał na opony kolejne mile! Ponad 7 godzin w trasie – szacun, druhu Pawle!
Jechaliśmy w nastroju wyczekiwania na spotkanie z majestatycznymi żaglowcami i ich załogami, które znamy z poprzednich lat. Pierwszy etap wygrał STS Fryderyk Chopin, żaglowiec, z którym i ja, i Agnieszka mamy niezapomniane wspomnienia. Lata 90. to rejsy w ramach Międzynarodowej Szkoły pod Żaglami, zorganizowanej i prowadzonej przez legendarnego kapitana Krzysztofa Baranowskiego – za czasów transformacji politycznych, więc znaczenie takiej inicjatywy było wtedy ogromne dla wizerunku naszego kraju, który dopiero ubiegał się o członkostwo w NATO i Unii Europejskiej. To tam, wspinając się po rejach żeglarskiego doświadczenia, trafiliśmy do załogi szkieletowej jako starsi wachtowi i pracując w pocie czoła, nauczyliśmy się szacunku do dużych żaglowców i marynarzy pływających na takich jednostkach.
Możliwość pracy pod komendą kapitana Ziemowita Barańskiego była dla nas doskonałą okazją do nauki pracy w dużej załodze, bo nasze wachty liczyły 12–15 osób. To tu poznaliśmy również kapitana Andrzeja Piotrowskiego, z którym przyjaźnimy się do dziś, pomimo dzielących nas odległości.
Kolejne spotkania to rok 2010 – w czasie obchodów Roku Chopinowskiego ten piękny żaglowiec reprezentował Polskę w Londynie. Niezapomniane rozmowy z nieodżałowanej pamięci kapitanem Andrzejem Medrygałem, który serdecznie przyjął nas na pokładzie, gdzie zawitaliśmy wraz z naszym wieloletnim przyjacielem i mentorem, kapitanem Jerzym Knabe z YKP Londyn.
Rok później nasze żeglarskie fora doniosły o tragicznych wydarzeniach z dnia 9 sierpnia 2011 roku, kiedy to – w czasie fatalnych warunków pogodowych – STS Fryderyk Chopin traci maszty niedaleko Falmouth. Polonijni wodniacy ruszyli z pomocą. Żeglarze z YKP Londyn, w tym nasz przyjaciel Marek Mogielnicki, na miejscu pomagali usuwać poplątane liny i pozrywany takielunek. Koledzy z Klubu Nurkowego „Waleń” wykonali wszystkie prace podwodne. U Jurka Knabe, w jego londyńskim mieszkaniu, działał sztab kryzysowy. Cudem nie doszło do tragedii i w czasie wypadku nikt nie zginął.
O wydarzeniach tych opowiadał nam osobiście kapitan Ziemowit Barański podczas długiej i – pomimo wszystkiego – ciepłej wieczornicy żeglarskiej w domu u Jurka.
Najbardziej cieszyła mnie wizja spotkania z STS Pogoria! Nie ma miejsca w tym krótkim materiale, by opisać nasze relacje i przyjaźń, jaka wiąże nas – żeglarzy z Klubu Sportów Wodnych „Hutnik” znad jeziora Pogoria I w Dąbrowie Górniczej – z żaglowcem STS Pogoria. Dla przypomnienia nadmienię tylko, że Memoriał Sikorski Rally, organizowany 4 lipca na Gibraltarze, wszedł już na stałe do kart polskiego i polonijnego żeglarstwa. Niektórzy prywatnie donieśli mi, że tyle pracy, jak na Gibraltarze w czasie trwania obchodów rocznicy katastrofy zorganizowanych w 2023 roku, to nie było nawet podczas ostrych sztormów. Uczestnicy tamtego wydarzenia nadali mu nieoficjalny nickname – i jeżeli znajdziecie się na pokładzie Pogorii, to zapytajcie o tamte wspomnienia. Warto!
Dzień przed wyjazdem z Liverpoolu miałem ogromną przyjemność rozmawiać telefonicznie z kapitanem „Pogorii”, Wojtkiem Wilkiem. Nie jest żadną tajemnicą, że ja, Agnieszka oraz kapitan Wojtek jesteśmy klubowymi kolegami z KSW „Hutnik” i znamy się ponad 30 lat. Wspólnie czekaliśmy na to spotkanie! Cieszyłem się też na spotkanie z kolegą po fachu – kucharzem, żeglarzem i prawdziwie oddanym żaglowcowi Sylwkiem Małachowskim, bo jest on duszą tego statku i niezaprzeczalnym menedżerem tajnego miejsca, zwanego „Bar pod Blachą”! Niemniej życie potrafi człowieka zaskoczyć – okazało się, że spotkań starych przyjaciół spod żagli będzie więcej.
Droga długa! Nocny przelot może i jest szybszy z uwagi na mniejszy ruch, ale za to nie mogliśmy podziwiać niesamowitych szkockich krajobrazów. Do tego północnoangielsko-szkocka, już zmieniająca się pogoda przypominała, że zbliżamy się do celu. Zwiedzanie nadrobiliśmy w czasie drogi powrotnej, a zwłaszcza w dość zakręconym przez zmiany organizacji ruchu Aberdeen. Kolega Paweł wspomina szczególnie pewien miejski most, który na długo będzie przyprawiał go o nocne poty.
Niewygody długiej jazdy samochodem wynagrodziły po stokroć widoki portu w Aberdeen! Szkocka aura wprowadziła port w magiczny klimat. Wszystko zadziałało jak maszyna do przenoszenia w czasie. Mglisty poranek, padający z nieba mist – czyli jedna z wielu odmian angielskiej, a raczej szkockiej mgły – otulił setki masztów cumujących w przestronnym, wygodnym i głębokim doku, zaraz obok muzeum morskiego. Delikatny wiatr kołysał pokładami żaglowców z całego świata, dając załogom spokojny sen po emocjonującym pierwszym etapie wyścigu. Widoki jak z dziewiętnastowiecznych obrazów olejnych, kiedy to żaglowce królowały na morskich szlakach handlowych – bajkowy po prostu klimat.
Naszym celem, oprócz podziwiania magicznego portu, było oczywiście odnalezienie żaglowca i przyjaciół. Ze znaczkiem KSW „Hutnik – Pogoria” na czapce ruszyliśmy szukać STS Pogoria.
I w czasie tych właśnie poszukiwań po raz pierwszy pozytywnie zetknęliśmy się z organizacją i służbami organizacyjnymi Tall Ships Races Aberdeen 2025. Jeśli powiem, że Szkoci stanęli na wysokości zadania, to nie odda to w całości kapitalnej atmosfery, profesjonalizmu, uprzejmości i doskonałej organizacji imprezy, która przerosła wielkością wszelkie oczekiwania! Doskonała informacja, kierowanie ruchem pieszym, system przepustek do portu, prysznice, toalety, mapy i stoiska handlowe – wszystko funkcjonowało na najwyższych obrotach i standardach. Nie było problemu z odbiorem śmieci ani z dostawami wody czy paliwa do statków. Jak potem miałem okazję rozmawiać z jedną z kierowniczek muzeum miejskiego – dwa lata intensywnych przygotowań pokazały doskonały mechanizm współdziałania służb miejskich, portowych i porządkowych. I ten wszechobecny uśmiech na twarzach! Potrafił on rozjaśnić nawet te chwile, gdy pogoda kaprysiła.
Kończąc temat sukcesu organizacyjnego, nie można zapomnieć o ekonomicznej stronie imprezy. Wszystkie okoliczne biznesy odnotowały ogromny wzrost dochodów! Okolicznościowych magnesów zabrakło już w pierwszych godzinach zwiedzania i trzeba je było szybko dowozić z magazynów. Brawo Aberdeen, brawo Szkocjo!
Znaleźliśmy nasze żaglowce. Tradycyjnie oddajemy honory i prosimy wachtę trapową STS Fryderyk Chopin o pozwolenie wejścia na pokład. Uśmiechy i pozdrowienia: „Cześć, my żeglarze z Liverpoolu, idziemy się zameldować na Pogorię”. Stromy trap, wysoka woda, a pod nogami pokład pełen niesamowitych wspomnień. Chopin i Pogoria stoją razem – przechodzimy przez chopinowski pokład wspomnień i idziemy na Pogorię, tak jakby do domu.
Tu wszystko działa jak w zegarku. Wachta trapowa powiadomiona o naszym przyjeździe, a Sylwek – kucharz – czekał na nas na pokładzie. Uściski, wspomnienia, przedstawiam kolegę Pawła, wszyscy pytają: „A gdzie Agnieszka?” Mamy jeszcze dobrą chwilę do podniesienia bandery, zatem słynna, mocna, statkowa kawa – tak potrzebna w czasie długich nocnych wacht.
STS Pogoria swoim wyglądem robi wrażenie! Jest czysto, ludzie mają rozdysponowane zadania – cytując klasyka: „Znaczy, wszystko jest zarobione porządnie”. Widziałem, że ten klimat przypadł do gustu Pawłowi, a oczami wyobraźni widział tu już naszych wodnych harcerzy i harcerki z Liverpoolu, a może też z Londynu? Plany są i powoli będą się krystalizować.
Wzruszająca chwila w czasie podniesienia bandery. Ceremonia kameralna, wszyscy ściśnięci pod tentem rufowym, szkocki deszcz pada bardziej intensywnie niż zazwyczaj. I te niezapomniane słowa kapitana: „Gościmy na pokładzie żeglarzy z Liverpoolu, w tym Tomka – mojego kolegę klubowego z lat, kiedy byliśmy nastolatkami.” Ukrywałem to, zwaliłem na deszcz, ale oczy mi zwilgotniały i jakiś słony płyn pociekł po policzkach.
Śniadanie w gronie załogi, oficerów i oczywiście z kapitanem. Smacznie jak zwykle! I zaskoczenie: „Cześć, my się przecież znamy!” Mózg pracuje intensywnie – setki danych, obrazów i informacji przelatują jak w najszybszym procesorze. Oj, potrzebna podpowiedź! „To ja, Adam Piwowarczyk.” No tak! Jak mogłem zapomnieć! Instruktor z naszej paczki szkoleniowej z lat 90., czyli początku naszej żeglarskiej przygody.
I zaczyna się lawina wspomnień. Jarek Jarmułowicz, Krzysiu Siuliński, czyli „Partyzant”, Zosia Jarmułowicz, Agnieszka Bramreja, Marcin Sobczyk i – niestety już szkolący ludzi gdzieś w innym wymiarze – Darek Kozieł „Łysy”. Opowieści o łódkach, kursach, ludziach, przygodach, śmiesznych klubowych incydentach i oczywiście niezapomnianych imprezach przy ognisku, grillu albo z gitarą na pokładzie trenera. Czar naszego jeziora to ponadczasowa magia.
I w końcu ktoś z drugiego stolika wchodzi w dyskusję. „No chłopaki, ja też pływałem na Pogorii w Dąbrowie Górniczej, ale w klubie KSW ‘Fregata’.” Zaraz! KSW Fregata to klub, który reaktywowaliśmy i w którym pełniłem funkcję v-ce komandora ds. szkolenia od 1999 do 2003 roku. Padają nazwiska, wydarzenia, nazwy łódek i daty. No jasna sprawa – my byliśmy już wtedy w Anglii. To Marian Jamróz, kolejna legenda regatowych teamów z naszego akwenu.
I tu następuje technologiczno-historyczny moment. Kumple z pokładu STS Pogoria ze szkockiego Aberdeen łączą się mostem wideo z kumplami z KSW „Hutnik – Pogoria” w Dąbrowie Górniczej. Tam właśnie odbywała się kolejna edycja żeglarskich zajęć edukacyjnych dla mieszkańców regionu śląsko-dąbrowskiego, a uczestniczyła w nich Agnieszka. Uśmiechnięta twarz Darka Bałazego tworzy energię ponadwymiarową. Jest moc, wzruszenie, bo przez tę maleńką chwilkę wirtualnie stworzyliśmy most pomiędzy żaglowcem STS Pogoria a jeziorem, którego nosi ona nazwę.
Technologia okazuje się przydatna i – wspominając klasyków – connecting people!
Poprawia się pogoda! Mamy czas na zwiedzanie. Być na zlocie żaglowców i ich nie zobaczyć – to nie wypada. Niemniej, do zwiedzania są ogromne kolejki. Przybyło setki tysięcy ludzi. Do naszego Daru Młodzieży kolejka wije się na kilka długości jednostki. Paweł spotyka swojego kapitana z rejsu na STS Kapitan Borchardt.
Dar Młodzieży przyciąga urokiem nie tylko jako przepiękna jednostka, wyróżniająca się na tle innych. Na wachcie trapowej stoją w galowych mundurach dziewczyny, którym urody mogłaby pozazdrościć niejedna miss świata – bo jak wiadomo, nasze polskie żeglarki są nie tylko świetnymi fachowcami, ale mają też tę naszą witaminę, dzięki której są niezastąpione i niezapomniane, a niejednemu żeglarzowi zostawiają ranę w sercu.
Kolega Paweł pyta, czy można by się tam zapisać do „Morskiego Uniwersytetu Trzeciego Wieku”, ale – jak to powiedział ktoś mądry – cały problem z dzisiejszą młodzieżą jest taki, że już do niej nie należymy! Gromki śmiech wywołują żarty z naszych PESELi, bo na pokolenie Z to już się nie nadajemy.
Organizatorzy zadbali o wszystko – więc jest co zjeść, jest sporo pienistego złotego płynu, jest muzyka, taniec i integracja ponadpokoleniowa, na szczęście. Oczywiście ta ostatnia przyprawia kapitanów o siwe włosy na głowach, gdy rano trzeba policzyć załogi. Wiadomo – morskie opowieści na deku do późna to sprawa wliczona w koszty portowych pobytów, a szantowo-wokalne popisy mogą nad ranem już irytować, ale taki jest klimat na wielkich żaglowcach.
Spędziliśmy dwa wspaniałe dni na pokładzie naszego zaprzyjaźnionego żaglowca, a rozmowy z kapitalną załogą, kucharzem i kapitanem będą żyć w naszych wspomnieniach do następnego razu.
Aberdeen stało się miejscem, w którym udało się znaleźć znakomity balans pomiędzy żeglarskim szkoleniem, wychowaniem młodzieży w duchu zdrowej edukacji morskiej a wypoczynkiem – urlopem od szkoły i dnia powszedniego na lądzie. Na pokładzie STS Pogoria czuliśmy się jak w domu – wśród życzliwych ludzi, pasjonatów tej samej przygody z żeglarstwem. To samo zresztą mówili nam uczestnicy rejsu. Młodzi ludzie ze łzami żegnali się z żaglowcem, gdyż kończył się etap ich rejsu.
Pogoria powstała, aby szkolić i w morskim duchu wychowywać młodzież. Realizował ten cel program „Bractwo Żelaznej Szekli” i oczywiście „Międzynarodowa Szkoła pod Żaglami” – ten sam duch ciągle tam jest. Tam go szukajcie, wszyscy, którzy chcą poczuć to, co ja i Agnieszka, kiedy wspinaliśmy się po rejach Chopina i też – ze łzami w oczach – żegnaliśmy żaglowiec po zakończonym rejsie.
Nic nigdy nie dzieje się bez przyczyny. Wszystko ma jakiś określony cel. Czasami, uczestnicząc w jakichś wydarzeniach, nie zdajemy sobie sprawy, że będą miały one jakieś skutki w przyszłości.
Sekretny „Bar pod Blachą”, kilku facetów z niskimi PESELami, trzymających kubki z tradycyjnym „morskim” napojem, łączy ta sama pasja – i już obmyślają plan kolejnego spotkania. Rysujemy marzenia. Rejs szlakiem polonijnym, może z chórem z „Zawiasa”: Londyn, Portsmouth, Bristol, Liverpool, Dublin… Oj, trzeba uderzyć w dzwon i zawołać do organizacji przyjaciół – Kasię z Londynu, Patrycję z Bristolu, Marcina z Dublina. Oczywiście mnie, Pawła i Agnieszki wołać nie trzeba, ale sami nie podołamy takim planom. Życie pokaże, jakie marzenia i plany uda się zrealizować.
I tym razem też nie chcieliśmy schodzić z pokładu. Ponownie ukrywałem płynącą gdzieś łzę! Podnieść razem żagle i wyruszyć w rejs – oczywiście tylko na STS Pogoria. Takie marzenie zakiełkowało, a my będziemy je pielęgnować i dążyć do jego urzeczywistnienia.
Ogromne podziękowanie dla kapitana Wojtka i całej załogi wspaniałego żaglowca STS Pogoria. Nie będę się rozpisywał, ale wiecie – na nas możecie liczyć! Dziękujemy i pomyślnych wiatrów!
Znalezione w Internecie, nie moje, ale będę używał trochę po piracku:
„Pijcie rum, bo żadna dobra żeglarska opowieść nie zaczęła się od zjedzenia sałaty.”
Tomasz „Bezan” Mazur, Liverpool, 23.07.2025
Zdjęcia pochodzą z archiwum prywatnego autora oraz uczestników wydarzeń.