rejsy

Zatoka Sarońska i Argolidzka 2009

Rejs został zaplanowany z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem bo już w miesiącu styczniu 2009 r. Podyktowane to było względami rezerwacji odpowiedniego jachtu i zgrania terminu przelotu samolotem do Grecji i na powrót do kraju.

Z wcześniejszą rezerwacją wiązały się również zniżki za czarter, chociaż należało zapłacić w dniu rezerwacji 50% wartości czarteru jachtu. Termin 19 wrzesień odbioru jachtu od godziny 17.00 czasu miejscowego znakomicie pasował do przelotu liniami PLL LOT z Warszawy do Aten. Po wylądowaniu samolotu w Atenach (1,5 godziny opóźnienia), autobusem linii X96 bez problemu udało się dotrzeć do mariny ALIMOU KALAMAKI i od godziny 17.30 spokojnie przejąć jacht od armatora. Armatorem jachtu jest firma KIRIACOULIS MEDITERRANEAN, z którą wszedłem w kontakt za pośrednictwem firmy czarterowej Jan Kowalski z Bielska Białej, tej samej co w ubiegłym roku.

Wyczarterowałem jacht klasy BAVARIA 42 CRUISER długości 12,83 m i 92,9 m2 powierzchni ożaglowania, o nazwie HASMATA. Jacht ten posiada trzy kabiny dwuosobowe, dwie kabiny z WC i prysznicami, ogrzewacz wody,pełne wyposażenie kambuza z dwoma lodówkami, kuchenką gazową z piekarnikiem, pełne wyposażenie nawigacyjne z GPS i ploterem, autopilotem, przyrządami do pomiaru głębokości, prędkości oraz kierunku i siły wiatru. Dodatkowo zabrałem w rejs, prywatny komplet map morskich dla rejonu południowo-zachodniego morza Egejskiego, które służyły do planowania i kontroli żeglugi w układzie tradycyjnym. Jacht wyposażony był w silnik VOVO Penta o mocy 38 KM z alternatorem do ładowania baterii akumulatorów. Umożliwiał on żeglugę Bawarią 42 Cruiser z prędkością do 7,5 węzła przy obrotach 2600 na minutę. Dużą dogodnością są rolowane obydwa żagle, w tym grotżagiel rolowany w maszcie. Oprócz niekwestionowanych zalet związanych z prostotą obsługi grotżagla przy rozwijaniu, refowaniu i rolowaniu, ma on jednak małą wadę, bowiem lik tylni nie może posiadać usztywnienia listwami i niestety już od półwiatrów mocno łopocze. Jacht w zasadzie został nam przekazany jako w pełni sprawny, chociaż mieliśmy wątpliwości co do stanu akumulatorów. Później okazało się, że faktycznie jeden z akumulatorów jest uszkodzony i wymaga wymiany. Doświadczenie z akumulatorem skłania do bardziej wnikliwego sprawdzania ich stanu w chwili przejmowania jachtu. Inna usterka, która ujawniała się już w czasie żeglugi to nie działający prawidłowo log. Jak się potem okazało, defekt polegał na „obrośnięciu” skorupiakami śmigiełka przekazującego moment obrotowy do układu pomiarowego. Wystarczyło jedynie mechanicznie oczyścić śmigiełko i przyrząd zaczął działać poprawnie. Ten element również warto dokładnie sprawdzić w momencie odbioru jachtu. Przejmowanie jachtu trwało godzinę, tak więc o 18.30 można było zaokrętować załogę w składzie; Marek Ogórek – żeglarz jachtowy, Ela Rosołowska z dużym doświadczeniem praktycznym w żeglowaniu. Pozostała załoga to Jola Ogórek praktycznie znająca żeglarstwo tylko z jednego rejsu po mazurach oraz Małgosia i Grzegorz Zarębscy pierwszy raz w rejsie żeglarskim. Grzegorz, który jeszcze przed rejsem interesował się podstawowymi tajnikami pracy na pokładzie, bardzo szybko nabył podstawowych umiejętności pracy z cumami rufowymi i radził sobie przez cały rejs bardzo dobrze. Równieżnaszym paniom praca z odbijaczami nie sprawiała kłopotu. Planując rejs założyłem dwie trasy do pokonania. Pierwsza z odwiedzeniem Cyklad a nawet wyspy Santorini, druga alternatywna to spenetrowanie zatok Sarońskiej i Argolidzkiej w przypadku silnych wiatrów, które w rejonie Cyklad nie należą do rzadkości. 20 września po porannym śniadaniu odbyło się rutynowe zapoznanie załogi z wszystkimi pozostającymi na wyposażeniu jachtuśrodkami ratunkowymi i sposobami wzywania pomocy. Zaprezentowane zostały również podstawowe urządzenia jachtu i sposoby ich obsługi. O godzinie 11.45 byliśmy gotowi do wyjścia w morze i tak się stało. Wiatr w tym dniu miał kierunek z N i siłę 4oB, a zaplanowana trasa wiodła do Aiginy, więc żegluga na samym fokuo powierzchni 40 m2, pozwalała na uzyskanie 6 węzłów i pokonanie dystansu 18 Mm w trzy godziny. Baksztagowy kurs, błękitne niebo, umiarkowany rozkołys i wspaniała panorama Aten oddalająca się stopniowo za rufą, dawały jak na pierwszy dzień żeglugi maksimum przyjemnych wrażeń. Tak więc po krótkim wyszukiwaniu miejsca w marinie miejskiej stolicy Aigina, o godzinie 15.20 stajemy na kotwicy od dziobu i cumach rufowych na nabrzeżu w samym centrum miasta. Ma to zaletę, bo wszędzie blisko, w tym oczywiście do restauracyjek by posmakować miejscowych specjałów, ale miejsce jest bardzo hałaśliwie bo akurat trwa festyn związany ze zbiorami pistacji. Wzdłuż nabrzeża stoją stragany, gra muzyka i grupy turystówprzemieszczające się w obu kierunkach wzdłuż nabrzeża. Z naszego jachtu wychodzimy wprost pod jeden z wielu straganów. Zgiełk i hałas cichnie z godziną 22.00, bowiem jest to ostatni dzień festynu. Popołudnie i wieczór spędzamy w mieście. Ja z Elą i Markiem przypominamy sobie miejsca, które rok temu odwiedziliśmy a Jola, Małgosia i Grzegorz mają okazję pierwszy raz podziwiać miejscową architekturę i przeżywać atmosferę Greckiej wyspy. Największej w zatoce Sarońskiej, gdzie Ateńczycy bardzo chętnie spędzają czas w soboty i niedziele a turyści będąc w Atenach czy Pireusie przywożeni są tutaj w ogromnych ilościach promami, które jak tramwaje kursują od rana do późnego wieczoru. Dla nas jest to tylko krótki przystanek na trasie rejsu, dlatego zwiedzamy miasto, zażywamy kąpieli na pobliskiej plaży i spoglądamy na ruiny starożytnej osady mykeńskiej z III w. p.n.e. prawdopodobnie Artemidy i Dionizosa. Nad ruinami dominuje 8. metrowa dorycka kolumna świątyni Apollina z 460 r. p.n.e. Całość usytuowana jest na wzgórzu Kolona leżącego na północy miasta, zatem z portu jest bardzo dobrze widoczna, a podchodząc do wyspy od strony północnej kolumna jest znakomitym znakiem orientacyjnym. Brakuje już czasu by udać się w głąb wyspy – jakieś 13 km i zobaczyć ruiny świątyni Afai z V wieku p.n.e. poświęconej opiekunce kobiet, bogini przypominającej Artemidę. Poniedziałek 21 września wita nas słońcem, szafirowym kolorem morza i wiatrem na początku z NNW o prędkości do 3. węzłów, potem z NNE o prędkości ok. 5 węzłów w porywach. Zamierzamy płynąć na Poros, zatem kierunek wiatru korzystny, ale pod pełnymi żaglami uzyskujemy prędkość zaledwie około 2 węzłów. Nasyceni widokami panoramy oddalającej się za rufą wyspy Aigina, na prawym trawersie przesuwającej się wyspy Angistria, potem półwyspu Methaniki Hersonissos na Peloponezie, a przed dziobem coraz wyraźniej widocznej wyspy Poros w tle Peloponezu, o godzinie 13.00 decyduję włączyć silnik i przyspieszyć żeglugę do 7 węzłów. Prędkość około 2 węzłów na żaglach groziła 10. godzinamiżeglugi, co załoga nie akceptowała. Poruszamy się trasą promów pasażerskich (Poros – Egina – Pireus i z powrotem), które tutaj kursują dosyć szybko (około 16 węzłów) i bardzo często. Szczególnej uwagi wymagają oczywiście te, które płyną kontrkursem. Tak więc w przesmyku przy latarni Akra Dana, warto wcześniej zrobić miejsce również tym, które nas doganiają. W naszym przypadku właśnie taka sytuacja ma miejsce. Z Aiginy wyszliśmy o 12.00 więc o 15.00 mijamy trawers latarni Akra Dana i wchodzimy do zatoki Pogonos. Już po chwili przed dziobem jachtu pojawia się urocza panorama stolicy wyspy o tej samej nazwie, czyli Poros. O tej porze jest jeszcze sporo miejsca, ale nas interesuje takie, z którego będzie można zatankować wodę i podłączyć się do stanowiska z energią elektryczną. Pomimo ładowania akumulatorów w drodze, to po godzinie już świeci się kontrolka niskiego stanu napięcia a po kolejnej godzinie włącza się sygnalizacja dźwiękowa stanu poniżej 10,8 V. Jedynym zabiegiem wydłużenia czasu rozładowania akumulatorów jest wyłączenie lodówek a potem ogrzewacza wody, lub włączania silnika na biegu luzem i doładowywania akumulatora. Zostawiam ten problem na później, bowiem odpowiednie miejsce do cumowania jest, gdzie po jednej przymiarce w podejściu, które utrudniał boczny wiatr, o godzinie 16.10stajemy rufą do kei miejskiej z kotwicą przed dziobem. Popołudnie i wieczór poświęcamy na delektowanie się urokami stolicy wyspy, które mamy w zasięgu ręki. W związku z planami dalszej żeglugi na południe, bowiem w pasie Cyklad prognozy nadal wskazują na silne wiatry, Poros jest tylko krótkim przystankiem. Zatem w następnym dniu, we wtorek po zatankowaniu zbiornikówwody do pełna, sprawdzeniu stanu oleju w silniku, stanu akumulatorów, które nie napawają optymizmem, po śniadaniu i porannej kawie o 11.20 wybieramy cumy, wybieramy kotwicę i płyniemy 1,5 Mm do Ruskiej zatoki, gdzie stajemy na kotwicy i przez godzinę korzystamy z orzeźwiającej kąpieli. O godzinie 12.55 podnosimy kotwicę i wracamy, by wąskim przesmykiem pomiędzy wyspą a półwyspem Peloponez przepłynąć do zatoki Poros i dalej przesmykiem pomiędzy wyspą Skilli i Spathi wpłynąć do cieśniny Idhras. Celem dzisiaj jest wyspa Hydra z porcikiem o tej samej nazwie. Z opisów wynika, że wyspa jest bardzo interesująca ze względu na górzysty i skalisty charakter oraz port i miasteczko usytuowane w naturalnej zatoczce, z zachowaną architekturą z XVIII wieku, rezydencjami kupców i kapitanów na wzgórzach otaczających port oraz fortecami uzbrojonymi w działa spoglądające w morze. Kolorytu dodaje fakt, że na wyspie brak jest samochodów. Podobno jeżdżą tylko dwie śmieciarki. Taxi w postaci osiołków jest do dyspozycji na każdym kroku. Locja ostrzega jednak, że zazwyczaj ten mały port jest zatłoczony, jachty stoją naprzeciw siebie a skrzyżowane kotwice są na porządku dziennym. Rześki wiatr z NNE o sile 15 do 20 węzłów w cieśninie Idhras z NE pozwala naszybką żeglugę, przy niezłym rozkołysie, w związku z tym o 15.20 mijamy osiemnastowieczne fortece z armatami i wchodzimy do zatoczki. Opisy z locji potwierdzają się w każdym calu. Port jest bardzo mały, jachty stoją w kilku rzędach burtami do siebie, widać gęstą sieć łańcuchów kotwicznych a ponadto rozkołys z zatoki przenosi się do basenu portowego i szkwały spadające z pobliskich gór dodatkowo komplikują manewry i nie dają powodów do radości. Obserwuję dwa jachty jak po krótkiej chwili sprawdzania sytuacji w porcie zawracają i wychodzą w morze. Dla upewnienia się w sytuacji, wchodzę również ostrożnie do basenu portowego i widzę z bliska jak na dłoni obraz sytuacji. Decyzja – nie warto ryzykować jakąś kolizję przy manewrach w tej niesamowitej ciasnocie a później potencjalnych problemów z wyciąganiem kotwicy. Wychodzimy z portu. Na szczęście wcześniej przeczytałem w locji, że około jednej mili na północ od tego portu jest przyjemna zatoka o nazwie Madraki z piaszczystą plażą, gdzie można stanąć na kotwicy.O 16.00 wchodzimy do tej zatoki. Wiatr mamy prosto od dziobu, wydaje się, że korzystnie ale to tylko pozory. Wolno przesuwamy się do plaży, głębokość szybko maleje ale przy wskazaniu na sondzie 11 m, musimy się zatrzymać bo właściciel pensjonatu na tej plaży daje znaki, że dalej nie można. Jesteśmy zresztą na wysokości dwóch czerwonych bojek, które ograniczają jego akwen. Rzucamy więc kotwicę na tych jedenastu metrach, wydajemy łańcucha ile się da a mamy tylko 50 metrów. Pierwsza rzecz to oczywiście sprawdzenie jak trzyma i zastanowienie się czy są szanse, że będzie trzymać do jutra. Oceniam, że przy szybko rosnącej głębokości i do tego dosyć silnym wiatrem wypychającym z zatoki, chociaż 50 metrów łańcucha jest przepisowe, to za długo nasza kotwica może nie będzie trzymać. Z lewej burty jest do brzegu jakieś 60 metrów, widać zabetonowane ucha stalowe, pomyślałem zatem, że najlepiej będzie wydać jeszcze dodatkowo cumę rufową na ląd i ustawić jacht rufą do niego. Zresztą tak stoi jeden z dwóch jachtów jakie zastaliśmy wpływając do tej zatoki. Szybka decyzja i ponton na wodzie Jeden koniec długiej cumy do pontonu Grzegorz do wioseł, Marek pilnuje drugi koniec cumy na pokładzie, którą po obłożeniu na lądzie razem wybieramy pomagając silnikiem bo teraz boczny silny wiatr trochę przeszkadza. O 17.00 koniec manewrów i wolne.Komunikacja z lądem za pomocą pontonu. Nie trzeba wiosłować, bo cumy rufowe są znakomitym uchwytem do przeciągania pontonu tam i z powrotem. Wiatr wieje zdrowo bo słychać jak gra w takielunku, więc ja zostaję na wachcie kotwicznej a wszyscy pozostali udają się na wycieczkę do Hydry. Ja pooglądam Hydrę przy następnej okazji. O 22.00 załoga wraca na jacht. Jest pełna wrażeń i potwierdza atrakcje, które wcześniej oglądaliśmy z pokładu naszego jachtu. Wiatr nie ustaje, wręcz przeciwnie. Zarządzam wachtę nocną na kotwicy. Wyłączone z wachty są nasze panie oraz Marek, który skarży się na niestrawności, zresztą widać, że jest osłabiony. Grzegorz jako pierwszy obejmuje wachtę od 23.00. Ja zmieniam go o 03.00. Wiatr nie ustaje całą noc, zmienia tylko kierunek o 180 stopni. Nad ranem dmucha nam prostopadle w prawą burtę. Noc jest pogodna z rozgwieżdżonym niebem i grającym na wantach wiatrem. Kotwica wspomagana cumami trzyma solidnie więc wachty mijają bez problemu. Rano wschodzące zza pobliskich wzgórz słońce dopełnia uroków naszej zatoki. Z prognozy pogody od Jurka mojego syna wynika, że dla cieśniny IDHRA w dniu dzisiejszym zapowiada się wiatr z kierunku NE o sile 10 do 15 węzłów z tendencją spadkową do 5 węzłów o godzinie 17.00. Dla Cyklad 15 do 20 węzłów z tendencją do wzrostu również w następne dni, dlatego załoga zgadza się, że odpuszczamy Cyklady i żeglujemy do zatoki Argolidzkiej. Później dowiadujemy się, że inne załogi miały podobny dylemat i z powodu długotrwałych i silnych wiatrów z kierunku głównie północnego zawracały z drogi na Cyklady. Tak więc po śniadaniu i porannej kawie, doładowaniu alternatorem akumulatorów,by winda kotwiczna mogła działać niezawodnie, zakładamy długą cumę rufową na biegowo. Jest to niezbędne, bowiem mamy dosyć silny wiatr boczny od morza spychający nas do plaży a przede wszystkim na jedną z bojek ograniczającą prywatny rejon tej zatoki. O godzinie 11.00 ruszamy z miejsca wybierając łańcuch kotwiczny i podtrzymując się skutecznie na luzowanej stopniowo cumie rufowej. O 11.10 mamy za sobą zatoczkę Madraki, stawiamy wszystkie żagle i odstawiamy silnik. Podobnie jak wczoraj znowu mamy wiatr w plecy, który przy umiarkowanym rozkołysie pozwala na uzyskanie prędkości 8,2 węzła. Czym jesteśmy bliżej cieśniny Dhokou pomiędzy przylądkiem Mouzaki i wyspą Dhokos to wiatr jest słabszy i woda bardziej gładka. O 13.05 mijamy latarnię na przylądku Mouzaki, pokonujemy przesmyk DHOKOU, za którym wiatr stopniowo słabnie, by o 14.00 pozwolić na żeglugę z prędkością nie większą niż 2,5 węzła. Tak więc o godzinie 14.10 żagle rolujemy, włączamy silnik. Na wysokości stawy Kounoupiapojawia się wiatr z kierunku NW. W cieśninie Spetson pomiędzy wyspą SPETSAIa kontynentem Peloponezu chwilowo tężeje do około 15 węzłów. Trochę szkoda czasu na halsowanie, więc posuwamy się na silniku pod wiatr z prędkością 5,7 węzła a dodatkowa korzyść to przecież ładowanie akumulatorów. W ten sposób jesteśmy po godzinie 15.00 w obszernym naturalnym porcie i kotwicowisku w niewielkim miasteczku Porto Heli.

Kotwicowisko jest dobrze osłonięte od wiatru ze wszystkich stron. Jest wolne miejsce przy nabrzeżu miejskim, więc standardowo stajemy na kotwicy od dziobu i dwóch cumach od rufy. Szukamy punktów z dostępem do energii elektrycznej i wody. Znajdujemy wodę ale daleko od jachtu i w rejonie gdzie brak miejsca przy nabrzeżu. O prądzie można tylko pomarzyć. Nazajutrz okazuje się, że woda sama przyjeżdża w cysternie na nabrzeże, co skrzętnie wykorzystujemy. Akumulatory ładujemy już standardowo alternatorem. Miasteczko jest małe, liczy bowiem 750 mieszkańców, jest pusto, smętnie i nieciekawie. Idziemy poszukać jakiejś tawerny, gdzie można zjeść coś greckiego. Znajdujemy polski sklep, w którym właściciel poleca pobliską restaurację. Praktycznie kończymy jedzenie jak dzwoni telefon, przedstawia się przedstawiciel armatora naszego jachtu i informuje, że puściła nasza kotwica. Natychmiast z Markiem szybko wracamy na jacht, który rzeczywiście opiera się na rufowym odbijaczu i sąsiednim jachcie pod banderą francuską. Jak się zresztą okazało to właśnie skipper tego jachtu udał się do miejscowego posterunku policji portowej i za jego pośrednictwem powiadomił armatora a ten telefonicznie mnie. Włączam silnik, podnosimy kotwicę, odchodzimy od kei i ponownie stajemy jak poprzednio. Wniosek z tej przygody – zawsze sprawdzaj i to solidnie czy kotwica trzyma. Resztę wieczoru spędzamy na jachtowym party. Kolejny dzień wita nas bezchmurnym i błękitnym niebem. W prognozie dla zatoki Argolidzkiej na dzisiaj wiatr 5 do 10 z NNE, więc nastawiamy się na halsówkę, bowiem celem jest port w NAVPLION. Opłacamy na policji 2,90 Euro za postój, tankujemy 160 litrów wody do rufowego zbiornika i 17 litrów paliwa uzupełniając zapas do 100%. O 10.20 wybieramy cumy, podnosimy kotwicę i wolno wypływamy z zatoki, by o godzinie 10.40 postawić wszystkie żagle. Potwierdza się prognoza pogody więc halsujemy. Autopilot pozwala wszystkim bez wyjątku na dopołudniową kawą, po uprzednim sprawdzeniu przez Małgosię, że nasze ciśnienia są prawidłowe. Z początku na żaglach osiągamy do 4. węzłów, wyczuwa się jednak, że czym głębiej wchodzimy w Argolidzką to wiatr wyraźnie słabnie. Podążamy cały czas kursem 320o prosto do NAVPLION. Wiatr ustaje zupełnie, słońce przykrywa cienki cirrostarus a przed nami wyrasta powoli na wschodnim wybrzeżu zatoki Argolidzkiej, wysoka i stroma skała Palamidi, za którą znajduje się miasto NAVLIPON lub inaczej NAUPLIA. Nazwa tego miasta, pierwszej stolicy odrodzonej Grecji w latach 1828 do 1834, pochodzi od imienia syna Posejdona i Amymone – Naupliusa. Poza tym Imię Naupliusa związane jest z wieloma morskimimitami i przygodami i prawie ze wszystkimi wybitnymi poczynaniami Greków na morzu. Natomiast Wenecjanie, którzy opanowali miasto w roku 1686 i wznieśli w 18 wieku zachowaną do dzisiaj fortecę Palamidi, nadając miastu nazwę Napoli, również zapisali się w sposób znaczący w historii tego miejsca. Jednak bliskośćstarożytnych Myken, historia króla Agamemnona skłania przede wszystkim do zatrzymania się w tym miejscu. Historia tej okolicy sięga bowiem czasów wczesno helladzkich i mykeńskich. Tak więc zaintrygowani bogatą historią okolicy do której zmierzamy, o godzinie 15.10 mijamy lewą burtą fortecę Bourtzi, natomiast po prawej prawie na wyciągnięcie ręki stromą skałę Palamidi. Z miejscem przy miejskim nabrzeżu nie ma problemu, jest rozległe i posiada sporo miejsca, tak więc o godzinie 15.20 kończymy manewry kotwiczenia i cumowania obok jachtu pod francuską banderą, której skipper – starszy pan chętnie pomaga w przyjęciu cum rufowych. Stajemy standardowo rufą do nabrzeża, chociaż jest bardzo dużo wolnego miejsca. Ma to dobre strony, bo opłata za postój w tym porcie burtą do nabrzeża jest wyższa. Kotwicę tym razem sprawdzam i oceniam, że trzyma solidnie. Jest to ważne tym bardziej, bo planujemy oddalanie się od jachtu na dłuższy czas w związku z planowaną wycieczką do Myken i oczywiście zwiedzania miasta i twierdzy, której wspaniały widok możemy podziwiać z pokładu naszego jachtu. Popołudnie poświęcamy na zwiedzanie najbliższej okolicy miasta a wieczór na kolację, oczywiście z potrawami greckimi w jednej z wielu tutaj działających restauracji oczywiście pod parasolami. Wcześniej fundujemy sobie przejazd miejską ciuchcią na gumowych kołach, pośród weneckich, tureckich i bizantyjskich budynków, by przyjrzeć się przy okazji architekturze tureckich meczetów, które dziś nie pełnią już swych religijnych funkcji. Spacer bulwarem wokół skały przylądka, na której usytuowano latarnię morską Panayitsa i w końcu poprzez kamienistą plażę zlokalizowaną tuż pod skałą Palamidi, wyczerpuje nasze możliwości kondycyjne i skłania do odpoczynku przy kolacji. Kolejny dzień zaplanowany na wycieczkę do Myken zapowiada się upalnie i bardzo atrakcyjnie. W pobliskiej wypożyczalni wynajmujemy za 60 euro 9. osobowego klimatyzowanego vana, którym udajemy się do odległych od Napflion o 35 km Myken. Naszego vana prowadzi Grzegorz, bowiem wszystkie formalności on załatwiał i na niego jest wystawiony dokument dysponowania i ubezpieczenia samochodu. Znany z literatury grób Agamemnona lub inaczej Skarbiec Atreusa, wykopaliska archeologiczne, a wśród nich Cytadela, do której wchodzi się przez sławną Lwią Bramę, groby królewskie, czy wreszcie pozostałości pałacu królewskiego dobrze ilustrują potęgę starożytnych Myken. Zwiedzamy również muzeum archeologiczne, gdzie można zobaczyć między innymi kopię złotej maski grzebalnej króla Agamemnona. Zgromadzone w tym muzeum, otwartym w 2003 roku, 2500 wyrobów artystycznych mistrzów mykeńskich, przybliżają osiągnięcia pierwszej wielkiej cywilizacji Greków, która rozkwitła na lądzie greckim a kolebką była odwiedzana właśnie przez nas Argolida. Z mocą wrażeń wracamy do Navplion, w porcie sprawdzamy czy zjachtem wszystko w porządku i postanawiamy tym samym samochodem udać się na szczyt Palamidi, by oglądnąć wenecką twierdzę i panoramę całej okolicy. Szukając drogi na szczyt, która jak się później okazało jest bardzo prosta, najpierw błądzimy po jakiś krętych i wąskich uliczkach na przedmieściach miasta, zderzamy się ze szlabanem wchodząc w bardzo ostry zakręt i jeszcze po górę. Całe szczęście szlaban jest nie zablokowany i od uderzenia otwiera się, ale pozostawia widoczne otarcie na masce, które kosztuje nas w konsekwencji 210 euro, zapłacone przy oddawaniu samochodu. Pomimo tego w miarę dobrych nastrojach w końcu dojeżdżamy na sam szczyt góry pod samą bramę twierdzy. Wewnątrz murów twierdzy oglądamy trzy weneckie zamki zbudowane w latach 1711 do 1714 r. oraz panoramę zatoki Argolidzkiej,miasto z portem idolinę Argolidy w tle, które pozostawiają niezapomniane wrażenie. Wracamy bez przeszkód na dół by zakosztować kąpieli morskiej na plaży pod Palamidi i ochłodzić się po mijającej spiekocie. Plaża jest kamienista toteż stąpanie bosymi stopami nie należy do przyjemności, wybieramy miejsce umocnione betonem i z drabinkami pozwalającymi na wejście i wyjście z wody. Dopychający wiatr podnosi sporą falę przybojową, która dodatkowo uatrakcyjnia kąpiel. Nie wszyscy z tych atrakcji korzystają, bo tylko męska część naszej załogi, panie natomiast przypominają, by nie odpływać zbyt daleko. Bogaty we wrażenia i atrakcje turystyczne dzień, kończy się kolacją w jednej z urokliwych restauracyjek zlokalizowanej w wąskiej uliczce i dobrą jak zwykle grecką kuchnią oraz spacerem kolorowo oświeconymi uliczkami centrum miasta. Właściciel restauracji jak się dowiaduje, że jesteśmy z Polski, natychmiast chwali się, że bywał u niego nasz rodak, znany trener Jacek Gmoch. Podświetlone mury twierdzy dopełniają wieczorny urok tego wielokulturowego historycznie, ale przecież przede wszystkim greckiego miejsca.Kolejny dzień to 26 wrzesień – sobota i jest to półmetek rejsu. Odtąd czeka nas już droga powrotna do Alimou Kalamaki. Prognozy pokazują wiatr z NNE/NE o sile 5 węzłów. Na razie jest zero. Więc gdy wybieramy cumy o 11.00, po wyjściu z portu kontynuujemy żeglugę na silniku, by dopiero o godzinie 13.45 postawić wszystkie żagle i z 4. węzełkami baksztagiem posuwać się w kierunku wyspy Spetsess. Jesteśmy jakąś godzinę żeglugi od portu o nazwie SPETSAI. Żegluga jest przyjemna, słońce przypieka, chociaż przysłania go chwilami cienka warstwa cirrostratusa. Przed wejściem do portu włączam silnik i rolujemy żagle. W cieśninie pomiędzy wyspą i kontynentem wiatr tężeje do 10 węzłów, zatem przy nabrzeżu miejskim powstaje niezły rozkołys, bo port jest zlokalizowany od strony północno wschodniej wyspy. Chyba w związku z tym przy nabrzeżu jest zupełnie pusto, stoi tylko nieduży prom, który kursuje lokalnie pomiędzy wyspą a stałym lądem. Ela przypomina przygodę z przybojową falą w porcie na wyspie Kithnos w poprzednim rejsie. Decyduję, że tu nie będziemy stać tym bardziej, że prognozy na noc i następny dzień zapowiadały wzrost siły wiatru do 15 węzłów przy niezmiennym kierunku z NNE/NE. Wchodzimy do sąsiedniej małej zatoczki o nazwie Baltizas, niestety również otwartej na NE, gdzie brak jest zupełnie miejsc cumowania. Mapa mówi o największych głębokościach przy nabrzeżach do 0,9 metra (my mamy 1,95 m). Jest krótki odcinek z głębokością powyżej 2 m, lecz cały zajęty. Widzę większy jacht cumujący do stojącego na kotwicy niewielkiego masowca i właściwie to wszystko. Nie pozostaje nic innego tylko szukać innego miejsca. Po krótkiej naradzie załoga zgadza się na kontynuację żeglugi i dotarcie jeszcze dzisiaj do Poros. Jest godzina 15.15 gdy stawiamy wszystkie żagle, silnik stop i półwiatrem z prędkością 7,2 węzła żeglujemy kursem pilotowym do znanej już cieśniny Dhokou. Przed cieśniną wiatr powoli ustaje i w cieśninie jak i za nią jest już cisza. Nie ma wyboru, zwijamy żagle i włączamy silnik. Automatyczny pilot prowadzi nas prosto na majaczący na horyzoncie kraniec Peloponezu, a właściwie małą wysepkę Skilli. Jest głębokie popołudnie, tafla wody zupełnie gładka, autopilot steruje prosto jak po sznurku, więc nie pozostaje nic innego jak coś zjeść. Marek proponuje bogracz, który przy pomocy pań przyrządza. Jest wyśmienity, toteż wszystkim bardzo smakuje, tym bardziej, że zjedzony na wolnym powietrzu. Około 17.30 pojawia się wiatr prosto od dziobu. O 18.00 jest 10 węzłów i niewielka fala, bowiem zasłania nas ląd. Postanawiam dalej płynąć na silniku, bowiem halsowanie zabrałoby zbyt dużo czasu, chociaż i tak już po zmroku czeka nas wejście na POROS. O 18.25 wchodzimy do cieśniny pomiędzy wysepkami Spathi i Skilli. Za cieśniną wiatr dmucha już z prędkością 20 węzłów i równo z N. Dalej więc poruszamy się na silniku pod wiatr przy sporej fali, która nadchodzi gdzieś z zatoki Sarońskiej. Czym bardziej wchodzimy w osłonę wyspy Poros tym fala staje się mniejsza i wiatr również. Płyniemy znanym już dobrze przesmykiem z zatoki Poros do zatoki Pogonos. Jest już późno i z miejscem do cumowania bardzo krucho. Wreszcie znajdujemy jedno wolne miejsce przy nowym pirsie wychodzącym od miejskiego nabrzeża przy którym jachty cumują z dwóch stron. O 19.30 stawiamy kotwicę i rufą dochodzimy do nabrzeża. Wszystko byłoby dobrze gdyby nie to, że krzyżuje się nam łańcuch kotwiczny z liną kotwiczną sąsiedniego jachtu pod banderą szwedzką. Skipperka daje do zrozumienia, że jest niezadowolona. Tłumaczymy, że jutro rano przechodzimy do nabrzeża miejskiego i będzie OK. Nasza kotwica nie daje mi jednak spokoju. Sprawdzam kolejny raz i stwierdzam, że łańcuch jest za luźny. Kolejne próby wybierania tego luzu kończą się wybraniem kotwicy wraz z liną kotwiczną naszego sąsiada. W tej sytuacji nie pozostaje nic innego jak przenieść kotwicę nad liną kotwiczną Szwedów stojąc w pontonie i wywieść ją od razu na odpowiednią odległość oraz w miejsce, w którym nie będzie się krzyżować z innymi łańcuchami. Tak więc kontynuując rozpoczętą robotę, ja wiosłuję, Marek podtrzymuje kotwicę a Grzegorz luzuje łańcuch. Po krótkiej chwili kotwica jest na właściwym miejscu i trzyma. Na Poros zaplanowaliśmy dwa dni postoju, celem pełnego wykorzystania walorów klimatycznych iturystycznych tej wyspy. W niedzielę 27 września jak tylko zwolniło się miejsce przy nabrzeżu miejskim z dostępem do energii elektrycznej, przeprowadzam jacht na drugą stronę, praktycznie w to samo miejsce co kilka dni temu i rozpoczynamy aktywny wypoczynek. W międzyczasie obok nas staje jacht z polską załogą. Widzę mocno postrzępionego foka. Okazuje się, że to efekt bardzo silnego wiatru jaki napotkali w drodze na Cyklady i musieli zawrócić. Zdecydowali podobnie jak my wcześniej, że prognozy nie skłaniają w najbliższym okresie do żeglugi w ten rejon. Wynajmujemy czterokołowca dla sprawnej komunikacji po wyspie, celem korzystania z plaż i podziwiania niezapomnianych widoków z okolicznych wzniesień. Po nocnych opadach deszczu sygnalizujących ostateczne przejście frontu, który przez cały poprzedni dzień dawał niewielkie zachmurzenie, na najbliższe dni zapowiada się słoneczna i upalna pogoda. To w znakomity sposób uatrakcyjnia zaplanowany postój. Inicjatywa Marka przyrządzenia jachtowym sposobem ryby, będzie dodatkową atrakcją, toteż spotkała się z pełną aprobata całej załogi. Rybę kupujemy z Markiem w pobliskim sklepie. Dłuższy postój jest uzasadniony, bowiem Poros jest bardzo znaną i atrakcyjną wyspą. Większa część zwana również Kalavaria jest górzysta i porośnięta sosną. Łączy się z małą wysepką o nazwie Sferia, oddzieloną od Peloponezu wąską cieśniną o szerokości od 250 do 1000 metrów, którą już przemieszczaliśmy się w tym rejsie dwukrotnie tam i z powrotem. Na wysepce Sferia leży miejscowość Poros, bardzo malownicza i dobrze widoczna od strony zachodniej zarówno z wody jak i wzgórz nad cieśniną przy latarni Akra Dana. Położone na stromych zboczach kolorowe domki oraz pełne gwaru nadbrzeżne kawiarenki, tawerny i butiki dopełniają klimat wypoczynkowego kurortu. Nagrodą za spacer na najwyższe wzgórze z wieżą i zegarem (dawna latarnia morska) zarówno w dzień jak i w nocy są bajkowe widoki na zatokę, miasteczko, port i leżącą po drugiej stronie cieśniny już na Peloponezie, miejscowość Galatas. Mamy dużo czasu, toteż oprócz planowania szczegółów dalszej trasy pomyślałem również o naszym akumulatorze, który praktycznie tuż po ładowaniu tracił napięcie i widać było, że jest całkowicie bezużyteczny. Zadzwoniłem zatem do naszego przedstawiciela armatora czyli do firmy Czarter Jacht, było to w poniedziałek 28 września. Sympatyczna pani Agnieszka podjęła się pośredniczyć z Kiriakulisem. Już po godzinie zjawiła się przedstawicielka armatora i zapewniła, że pomiędzy godziną 15 i 16 przybędzie technik. Technik w towarzystwie swojego szefa zjawili się ostatecznie o 18.00. W pierwszej kolejności chcieli udowodnić, że źle użytkujemy nasz akumulator. Siłą perswazji Grzegorza i mojej determinacji w demonstrowaniu sprawności akumulatorów poprzez włączenie wszystkich odbiorników, instalują nowy akumulator. Odtąd wszystkie odbiorniki, w tym lodówki i grzejnik wody są włączone w sposób ciągły. Planowaliśmy dzisiaj pożeglować dalej, ale jest już wieczorowa pora, więc pozostajemy do jutra. Jest okazja do jeszcze jednego wieczornego spaceru i skosztowania specjałów miejscowych kawiarenek. We wtorek 29 września tankujemy z samego rana wodę do zbiorników, akumulatory naładowane i „trzymają”, więc o 9.00 kotwica w górę, cumy na pokład i odchodzimy. W planie mamy Palais Epidhavron a po drodze równie atrakcyjna miejscowość Methana. Niebo bezchmurne a siła wiatru 0, więc poruszamy się na silniku. Do Methany mamy odległość 6,4 Mm. Nie śpiesząc się, o godzinie 10.50 wchodzimy do portu jachtowego i rybackiego zarazem. Wokół króluje charakterystyczny zapach zgniłych jaj a woda w porcie ma mętnawy wygląd i również podobnie pachnie. Nic nadzwyczajnego, bowiem miejscowość jest znana z leczniczych źródeł i sanatoriów. Sam port jest dobrze schowany i osłonięty od wiatru, za to mało widoczny z morza, ale z kierunku od latarni Akra Dana, skąd właśnie przybyliśmy jest łatwy do zlokalizowania. Port oprócz cuchnącego zapachu, jest zaniedbany i sprawia wrażenie niekorzystne. Stojące jachty wyglądają raczej na przygotowane do postoju na okres najbliższej zimy niż to, że przybywają tu po drodze, podobnie jak nasz będąc w rejsie. Oprócz mętnej wody jest płytko, stojąc przy nabrzeżu mamy tylko kilkanaście centymetrów pod kilem. Postanawiamy skorzystać z kąpieli na pobliskiej plaży poza portem, celem ochłody i odbycia krótkiej wycieczki do miasta z degustacją miejscowego piwa i kawy serwowanej w kawiarenkach usytuowanych bezpośrednio na betonowych pirsach nabrzeża miejskiego. Kąpiele w leczniczych wodach odkładamy nainną okazję, zatem po godzinie 13.00 wracamy na jacht i ruszamy w dalszą drogę do Palais Epidhavrou. Wiatr nadal nie rozpieszcza swoją siłą, ale rozwijamy żagle i próbujemy go wykorzystać. Niestety osiągamy jedynie 2 węzły, do tego jeszcze nie uda się jednym halsem minąć przylądka Kavallaris a następnie Św. Yeoryios, by ominąć od północy rozległy półwysep Khersaonisos Methanon. Więc po godzinie rolujemy żagle i na silniku zmierzamy do celu. Po drodze za rufą znika we mgle Aigina, w cieśninie Methanon mijamy po lewej półwysep Khersaonisos Methanon a po prawej kamienistą wyspę Angistri. Powierzchnia wody tylko lekko pomarszczona od słabiutkiego wiaterku z W, więc jak po sznurku zmierzamy bez przeszkód do celu. Z daleka widoczne są zalesione sosną wzgórza. Podchodząc bliżej, nie sposób jest przeoczyć wyeksponowanej w kierunku morza bryły kościoła o architekturze bizantyjskiej i dwóch olbrzymich staw nawigacyjnych wyznaczających bezpieczne podejście do zlokalizowanego w głębi zatoki nabrzeża portowego. Jest godzina 16.30, więc jeszcze bez trudu znajdujemy odpowiednie miejsce do postoju. Otoczenie jest bardzo przyjemne, dobrze utrzymane ausytuowane pod palmami kawiarenki i restauracje dopełniają uroku. Kolorytu miejscowości dodają pobliskie piaszczyste plaże, grecka kuchni i zapach okolicznych gajów pomarańczowych. W planie mamy zwiedzanie najlepiej zachowanego w Grecji antycznego teatru z początku 3. wieku p.n.e.oraz ruiny sanktuarium Asklepiosa. Kompleks tych obiektówznajduje się w odległości tylko 35 km od Palais Epidhavrou. Zatem kolejny dzień to pobyt w tej okolicy i wycieczka miejscową taksówką za 50 Euro w obie strony celem oglądania antycznych atrakcji. A jest co oglądać, bowiem teatr przetrwał w prawie nienaruszonym stanie do chwili obecnej. Został odkopany dopiero w 1954 roku.Charakteryzuje się doskonałą akustyką,co próbowaliśmy sprawdzić dzięki oratorskim popisom Marka z najodleglejszego bo 54. rzędu siedzeń. Teatr może pomieścić 12300 widzów. W okresie letnim odbywają spektakle teatralne w ramach Festiwalu Epidauryjskiego. W bezpośrednim sąsiedztwie teatru znajdują się ruiny świątynne, w tym dom pielgrzymi z IV wieku p.n.e., Gymnasion i termy greckie wzniesione około 300 roku p.n.e., świątynia Asklepiosa wzniesiona w latach 380 – 375 p.n.e. i świątynia Artemidy również wzniesiona w 4. wieku p.n.e. Interesujące są ponadto pozostałości antycznego stadionu zbudowanego w V wieku p.n.e. w naturalnej niecce wąwozu. Oceniamy wszyscy, że warto było dotrzeć również i do tego zakątka Grecji, by posmakować kolejny raz jej starożytnego tchnienia. Przed nami czwartek 1 października i ostatni odcinek rejsu w drodze do Alimou Kalamaki. Chcemy jeszcze zobaczyć okolice kanału Korynckiego od strony zatoki Kalamakiou, więc przed nami ponad 65 Mm żeglugi. Decyduję o wyjściu z portu o godzinie 6.00 rano. O tej porze jest jeszcze ciemno, a słońce wzejdzie dopiero o godzinie 7.30. Zgodnie z ustaleniem Marek z Grzegorzem meldują się do przeprowadzenia manewru wyjścia z portu, ale dźwięki silnika i łoskot łańcucha kotwicznego budzą również nasze panie. Kierowani dwoma światłami staw pokazujących bezpieczne wyjście z zatoki, wychodzimy w morze. Za rufą zostaje światło latarni Akra Kalamaki, na lewym trawersie pojawia się światło latarni pokazujące wejście do Nea Epidhavros, my żeglujemy prosto na północ zostawiając po prawej burcie światło Vrak. Spalathronisi. Jest praktycznie bezwietrznie więc poruszamy się przy pomocy silnika. Żeglujemy z prędkością 7,5 węzła, wobec czego wschód słońca podziwiamy będąc na wysokości rozległej zatoki Sofikou, którą mijamy lewą burtą a od prawej wyłania się z zza horyzontu słońce. Widok jest poetycki, więc wszystkie aparaty fotograficzne i kamera są w ruchu przez dłuższą chwilę. Do miejsca wylotu kanału korynckiego docieramy o godzinie 9.15. i zatrzymujemy się na kilka chwil by obejrzeć okolicę. Załoga nie wykazujeochoty a spacery, bo poza samym kanałem, który widoczny jest jak na dłoni na całej swojej długości, w okolicy nic ciekawego nie ma. Po prawej stronie od wylotu kanału widać olbrzymie zbiorniki rafinerii ropy i redę dla tankowców, które tę ropę dostarczają. Kierujemy się na wschód, by ostatecznie dotrzeć do Alimou Kalamaki. Wiatru jest nadal jak na lekarstwo. Niebo od strony zachodniej pokryte cienkim cirrostratusem, ale w miarę jak się przesuwamy na wschód jest coraz czystsze i słońce zaczyna nieźle przypiekać. Tak więc o godzinie 12.30 jesteśmy na wysokości trzech niewielkich wysepek o nazwie Nisidhes Lagouses, leżących na północ od Aiginy. Postanawiamy stanąć tutaj na kotwicy przy jednej z nich zakosztować kąpieli morskiej w ciepłej i bardzo przejrzystej wodzie. Głębokość w tym miejscu wynosi 6 m. Powierzchnia wody jest całkowicie gładka, a południowe słońce oświetla morskie dno, które widać jak na dłoni. Wszyscy zażywają kąpieli, robią zdjęcia i delektują się urokami tego miejsca. Jest cudownie, ale musimy żeglować dalej, bowiem po południu zamierzamy dotrzeć do celu. O 13.55 podnosimy kotwicę i ruszamy. Wiatru nadal nie widać. Dopiero po pół godzinie zaczyna dmuchać i to z E. Po krótkiej chwili osiąga do 7 węzłów. Zatem rozwijamy wszystkie żagle i silnik stop. Po chwili mamy prędkość 5,7 węzła i jednym halsem o godzinie 16.45 podchodzimy do mariny w Alimou Kalamaki. O 17.00 nie bez problemów wciskamy się pomiędzy ciasno stojące jachty Kiriakoulisa i oddajemy cumy na ląd. Oznacza to koniec żeglugi i praktycznie koniec rejsu. Kolejny dzień to piątek i zwiedzanie Aten, dokąd udajemy się tradycyjnie tramwajem. Oglądamy oczywiście Akropol, Areopag, Agorę grecką i rzymską, olimpiejon, łuk cesarza Hadriana, stadion olimpijski i zmianę warty pod parlamentem. Na Plakce kupujemy ostatnie prezenty i późnym popołudniem wracamy, by przygotować się do opuszczenia jachtu w sobotę do godziny 9.00 rano. Przedstawiciel armatora formalnie jeszcze w tym samym dniu przejmujebez problemów nasz jacht. Podziwiamy na koniec ogrom mariny Alimou Kalamaki, a wieczór kapitański spędzamy w pobliskiej restauracji zlokalizowanej wprost na plaży, gdzie zażywaliśmy ostatniej morskiej kąpieli, bezpośrednio po wycieczce do centrum Aten. Sobotni ranek przywitał nas deszczem, który rozpadał się jeszcze w nocy. Dodatkowo, ale już rano przeszła daleko nad okolicami lotniska potężna burza, którą było widać i słychać z naszej mariny. Uwieczniamy opuszczenie naszej banderki i proporca KSW „HUTNIK” Pogoria, wraz z złożeniem na nim naszych autografów. Bez problemów i planowo docieramy na lotnisko. Jadąc autobusem, po drodze przejeżdżaliśmy przez olbrzymie rozlewiska wody, pozostałość po porannej burzy. Podczas oczekiwania na samolot chmury zniknęły i zrobiło się jak zwykle to bywa w Grecji, tj. słonecznie i ciepło. Samolot odlatuje punktualnie i zgodnie z planem wracamy do naszych domów.Ostatecznie odwiedziliśmy najciekawsze historycznie i rekreacyjnie miejscowości w basenie zatok Sarońskiej i Argolidzkiej, przemierzając łącznie 232 Mm jachtem oraz około 180 km samochodami.

Szkoda, że to już koniec naszej wyprawy.Czas pomyśleć o kolejnym rejsie.

Relację opracował: Skipper jachtu Zbyszek S. Rosołowski.

Autorzy zdjęć: Marek i Jola Ogórkowie oraz Małgosia i Grzegorz Zarębscy.

Powrót

Zobacz inne